«

»

Wesołe przygody Robin Hooda

Robin Hood, saksoński szlachcic, zostaje skazany na banicję i musi ukrywać się w Lesie Sherwood. Wkrótce dołącza do niego doborowa drużyna dzielnych i wesołych kompanów: Mały John, Szkarłatny Will, Allan z Doliny czy Braciszek Tuck.

W dzisiejszej audycji serwuję kilka wspomnień najlepszej książki mojego dzieciństwa. W pewnym momencie wchodzę jednak w strefę ostrych spoilerów, przed czym ostrzegam w odpowiedniej chwili więc słuchamy na własne życzenie.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

14 komentarzy

  1. Jerry pisze:

    To się nazywa zaskoczenie. Robin Hood w kombinacie;) Ale rozumiem fascynację. Ja szczególnie uwielbiam „Robina z Sherwood” (muzyka Clannad!!) i „”Księcia złodziei”. Widziałeś może ostatnią wersję  Ridleya Scotta? Ja próbowałem podejść kilka razy i nie byłem w stanie jej zmęczyć…

  2. Bartek "godai" Biedrzycki pisze:

    Miałem z Robin Hoodem taką, hm, bajkę na kliszy, do projektora typu Ania. Dawne dzieje. „Robina z Sherwood” pamiętam świetnie, śledziło się wtedy kolejne przygody. Tylko dziwnie, jak nagle wymienili aktora jakoś w połowie.

    A film z Costnerem był niezły, ale strasznie nieładna Marion była. Ech.

    1. Jerry pisze:

       Jak Ci się Marion nie widziała u Costnera, to lepiej nie patrz na tą u Scotta;)

      A co do „Robina z Sherwood” to tam chyba (jeżeli ma zawodna pamięć mnie nie myli) był motyw,że to nie był ten sam Robin, tylko jego następca wybrany przez Herna.

      1. Bartek "godai" Biedrzycki pisze:

        Możliwe, nie pamiętam, miałem z 10 lat jak leciał ten serial u nas :D Mnie się zawsze wydawało, że ci kolesie są identyczni, tylko długość i kolor włosów inna.

        A Scotta jeszcze nie widziałem i jak przypadkiem nie trafię w TV, to się raczej nie będę napierał.

      2. Mando pisze:

        Serial oglądałem z 19… 119 razy. No tam był nowy Robin po dwóch sezonach, przy czym dwa pierwsze są długości trzeciego więc się po połowie rozkłada. Retro radio robiło o serialu podcast kiedyś. Stary „czarny” Robin natomiast bardzo ładnie skończył. Twórcy zmuszeni sytuacją wykorzystali dwie wersje legendy czyli Robina z Loxley – wieśniaka i Roberta z Huntington – szlachcica. Ewenement, że serial nie stracił na klimacie pomimo wymiany głównego bohatera. Bardzo rzadko spotykane zjawisko.

        A Marion u Scotta mi się podoba. Tylko to już dojrzała kobitka. Ogólnie lubię film Scotta choć to nieco inna historia. Oglądałem w kinie, a potem z dvd wersję reżyserską. Lepsza choć znowu jakoś wielce rozbudowana nie jest. W przypadku „Księcia złodziei” całkowicie odwrotna sytuacja. Film bardzo dobry, ale omijać jak ognia wersji reżyserskiej. Kiedyś gdzieś pisałem o tym więcej na jakimś swoim nie istniejącym już blogu. Reynolds i tak mocno zrzynał tam z serialu a reżyserska wersja poszła znacznie bardziej w magie i takie bzdury. Jakby ktoś planował kupić to moim zdaniem lepiej rozejrzeć się po aukcjach i poszukać wersji podstawowej. Jakiś czas temu kupiłem siostrze w prezencie rozszerzoną, cieszyłem się bo nigdy jej nie widziałem i mocno się zawiodłem. Może kiedyś o tym też jakiś kombinat zrobię. Jak w końcu wymyślę jak odpalić stary serial z Richardem Greenem z vhsów to może kiedyś podcasta też zrobię bo bardzo dobrze wspominam ten serial.

        1. Jerry pisze:

          Widzę,że naprawdę na fanatyka trafiło;) Nawet nie wiedziałem,że Reynolds zrobił wersję reżyserską. O serialu nie wspominając. Ja z takich starych inkarnacji Robina to pamiętam jedynie katowany kiedyś do znudzenia „Przygody Robin Hooda” z Errolem Flynnem. Do wersji Scotta to nie wiem, czy się przełamię. Na razie mogę jej używać zamiast tabletek nasennych, ale może to kwestia złego nastawienia. Spodziewałem się „Gladiatora”, a to jednak zupełnie inny film.

          1. Mando pisze:

             No tak wiele osób ma. Raczej się nie przełamiesz :-) Ja nie widziałem „Gladiatora” więc się niczego nie spodziewałem :-)

          2. skura pisze:

            Mando tak szpanujesz, a ja mam nawet Robina z UMĄ THURMAN! :) A z Szonem Conerry seniorem też mam. Fajny pod, muzyka Clannad jest znakomita, jak cały zespoł – polecam wsłuchać się w ich całą dyskografię. Serial oczywiscie klasyka, ogladałem jak to mando lubi mowic „za dzieciaka”, a scena z lecącą, zapaloną strzałą to obraz który pamietam dobrze,lepiejniz obraz startowy 386 ;)

  3. Mando pisze:

    Tak na marginesie to dzisiaj nam bardzo po cichu, bez echa i bez fanfar stuknął roczek. Ja tymczasem po obfitym lipcu i  bardzo obfitym sierpniu postaram się nagrać jeszcze jedną audycję na weekend z relacją z Polconu, a potem mogę na chwilę zamilknąć. Szczególnie wrzesień będzie trudniejszy, bo to zawsze jest burdel z planem i nie wiem kiedy i jak będę kończył pracę. Ale ogólnie w tym roku mam bardzo duży etat, a co za tym idzie może być trochę mniej czasu na nagrywanie. Choć jeszcze nie przesądzam. Rok temu miałem mniejszy etat ale od cholery okienek więc wyszło w zasadzie na to samo. Zresztą kombinaty mogę nawet na polu pod szkołą nagrywać czekając na autobus. Pracuję w takim miejscu, że nie widać człowieka po horyzont z każdej strony :-) Tak czy inaczej wrzesień w moim wykonaniu będzie cieniutki, a i w Radiu SK mogą przytrafić się jakieś luki jak mi się zapasy pokończą :-)

    1. Jerry pisze:

      To na marginesie gratulacje dla całej ekipy Kombinatu:) Oby tak dalej, nawet i codziennie, to będę miał zawsze seans do śniadania w pracy:)

      A Mando jak „Gladiatora” nie widziałeś to polecam do nadrobienia, bo to mega zajebisty film jest. Świetne zdjęcia, doskonała muzyka (Zimmer + Lisa Gerrard) i bardzo dobra historia. I mimo,że widziałem film ze 100 razy nadal finał mnie rozwala na łopatki. Zawsze jak trafię gdzieś w tv to robię powtórkę.

      1. Bartek "godai" Biedrzycki pisze:

         „Gladiator” to niezły film, ale jego finał plasuje się w mojej prywatne czołówce najbardziej idiotycznych WTF świata. Jest absurdalny, groteskowo i zwyczajnie głupi.

        1. Jerry pisze:

          To zależy jeszcze o którym z dwóch finałów mówisz;) Ten na arenie, cóż, kupuję go z dobrodziejstwem inwentarza. A finał-finał z piosenkę „Now we are free” w tle to nazwijcie mnie sentymentalnym głupcem, ale za każdym razem mnie bierze.

          1. Bartek "godai" Biedrzycki pisze:

             Mówię o finale na arenie. Historia zna głupsze przypadki, ale film tym się różni od prawdy, że musi być chociaż odrobinę wiarygodny.

    2. Bartek "godai" Biedrzycki pisze:

       Damy radę jakoś. Nie ma doła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.